Monday, 11 February 2008

Zacznijmy od końca.

Wymyśliłem sobie całkiem nowy sposób. Przygotowuję sobie mocną kawę tuż po powrocie do domu. Cztery łyżeczki rozpuszczalnej Nescafe, z gigantyczną ilością cukru. I dużo mleka paradoksalnie dla zabicia cierpkiego smaku. Wtedy mam całą noc na pełnych obrotach gwarantowaną.

Około pierwszej przestają kursować pociągi, ziemia przestaje drżeć i wtedy nareszcie można się skupić. Dopiero tuż przed drugą przejeżdża jakiś skład remontowy. Nigdy go nie widzę, bo okna wychodzą w kierunku przeciwnym niż torowisko, ale spalinowa, cieżka lokomotywa wprawia na chwilkę wszystko w rezonans. Drżą szklanki na półkach i sztućce w blaszanej puszce. Karaluchy nic sobie z tego nie robią.

Koło godziny czwartej robię sobie pierwsza przerwę. Mniej więcej wtedy właśnie zaczyna padać poranny deszcz. Deszcze tutaj są zimne, przenikają przez ściany i zaznaczją swoją obecność ciemnymi zaciekami na suficie. Czasami słychać kapnięcie pojedyńczych kropel, gdy deszcz pada wystarczająco długo, aby rozmiękczyć dach, krokwie i podwieszane panele.

Świt, koło siódmej, zaczyna się od śpiewu ptaków. Nigdy nie potrafiłem zauważyć początku, po prostu w trakcie pracy dociera do mnie, że ptaki spiewają. Tak samo jak nigdy nie zauważyłem świtu samego w sobie. Przez pewien czas w szybach odbija się tylko mój pokój, oświetlone lampą biurko, blask ekranu komputera i nagle za oknem robi się jasno. A może to ja po prostu przysypiam na chwilkę. Ale nawet jeśli to jest sen to nie zauważam go i nie przynosi mi on odpoczynku. O świcie wszystko blednie - pokój staje się jeszcze zimniejszy niż był, nocne, sztuczne światło nie daje już ułudy intymności a zacieki na ścianach zamieniają się w pnącza afrykańskich roślin. Deszcz rysuje szyby i chce otworzyć okna.

Gdy przejeżdżający obok intercity oznajmia, że torowisko obudziło się do życia robię sobie przerwę na herbatę. Kuchenka trzeszczy rozszerzając się od ciepła wydzielanego z palnika pod czajnikiem. Surowa woda smakuje żelazem i chlorem. Słyszę poranny seks sąsiadów.

Wtedy próbuję znowu zasnąć.

Zagrzebuję się w pościeli, próbując znaleźć najbardziej optymalną pozycję. Próbuję leżeć na plecach, zapchany nos uniemożliwia mi normalne oddychanie. Wstaję, odnajduję drażniący śluzówkę spray i strzelam kilka porcji udrażniającej mgły. Zatoki oddtykają się, mój oddech przestaje świszczeć. Ale to nie pomaga, przekrecam się na bok, poprawiam poduszkę, pod kołdrą duszę się, a gdy ją ściągam jest mi zbyt zimno. Pozostałość sprayu drażni gardło.

Wydaje mi się, że kołdra, jak i całe łóżko są wilgotne. Wszedzie jest zimno, a ja mimo wszystko się pocę.

Kilka razy w tygodniu musze pojawić się w biurze. Nawet nie muszę. A przynajmniej nie czuję takiej potrzeby, nie ma we mnie żadnego przymusu, odgórnego nakazu, który mówi mi codziennie "idź do biura". Kiedyś kadrowa twierdziła, że mam kłopoty z utrzymaniem odpowiedniej ilości wypracowanych dni. Kilka tygodni temu mój szef wspominał coś podobnego. Coś mówi mi, że powinienem się tym przejąć.

Bezsenność sprawia, że przez cały czas mam półprzymknięte powieki. Sen może przyjśc w każdej chwili i z człowieka bezsennego w każdym momencie mogę stać się narkoleptykiem. Sypiam w metrze, gdzie usztywniam kark i głowa nigdy nie opada mi na żadnego ze współpasażerów. Przez umiejętne cofnięcie języka nauczyłem się tworzyć podciśnienie w jamie ustnej, co zapobiega bezwiednemu opadnięciu żuchwy, ku uciesze spoglądających moje śpiące plomby.

W czasie bezsenności skóra na czole razem z brwiami waży kilkanaście kilogramów. Wszystkie mięśnie, które mogę wykorzystać do tego aby moje czoło pozostalo na swoim miejscu, w pewnym momencie po prostu odmawiają posłuszeństwa. Powieki przez to pozostają półprzymknięte, a cały świat jest oglądany niejako "z sufitem", jak na panoramicznym westernie. Brakuje tylko złotych napisów i przepięknych kanionów.

Ciekawym zjawiskiem związanym z cieżkimi powiekami jest postrzeganie ludzi. Mam trudności z patrzeniem prosto w oczy. Potrafię patrzeć na ich usta, szyję, ramiona, ale nigdy nie utrzymam długo spojrzenia. Zmienia się to w zależności od ilości wypitej kawy, tego, czy spałem w metrze, czy też nie. Czasami zauważam zmiany dotyczące popękanych ust u mężczyzn, krzywych zębów, koloru błyszczyku u kobiet, dołka w brodzie, niedokładnego ogolenia, smug fluidu, brudnych kołnierzyków, źle przyszytych guzików w koszulach i innych nieistotnych detalach. A czasami trudno jest mi sie skupić na całym korpusie osoby rozmawiającej ze mną. Skupiam się wtedy usiłując wyodrębnić cokolwiek, na czym mogę skoncentrować wzrok, narażając się na możliwość oskarżenia o gapienie się w dekolt, jeśli rozmawiam z kobietą.

Czasami się zastanawiam, czy będzie kiedyś taki moment, że nie odróżnię kobiety od mężczyzny? Właściwie nie mam żadnych potrzeb, zepchnąłem je głęboko, jako niepotrzebne i nieistotne. Po co mam je okazywać? Jestem zbyt zmęczony na to.

W czasie przerwy obiadowej narzucam na siebie płaszcz i wychodzę z biura. Siadam gdzieś w parku na mokrej ławce, pod tyłek podkładając trzymaną w kieszeni reklamówkę. Deszcz spływa po kapach płaszcza, a duże krople wiszą na daszku czapki, lub brzegu parasola. Lubię grzebać czystym butem w błocie, a potem obserwować, jak krople deszczu wymywają szlam z załamań skóry. Probuję wtedy jeść. Kanapka kupiona w supermarkecie pachnie terpentyną i smakuje jak syntetyczna pasta do zębów. Przeżuwając zastanawiam się, czy to na pewno jest wspomniany na etykiecie kurczak.

Zamykam na chwilke oczy. Budzę się godzinę później, w tej samej pozycji, zziębnięty, w panice, nie do końca wiedząc co się stało. W buzi mam resztki sałaty.

Po pracy wsiadam w metro i próbuję się dostać do domu. Na stacji przesiadkowej odbijam się tysiące razy od tysięcy innych podróżnych, którzy ciągle poruszają się syzbciej niż ja. Ciągle nie zauważam ich twarzy, rozróżniam tylko fasony i kolory płaszczy, palt, jesionek, kurtek narciarskich i wojskowych. Obcasy tupią, a buty sportowe skrzypią i zgrzytają na mokrej podłodze, drażni mnie dźwięk rozsmarowywanego na kaflach gruboziarnistego błocka.

Przed wejściem do domu, nim jeszcze włożę klucz do zamka opieram się dotykając głową moich drzwi. Patrzę przez judasza, w odwrotną stronę, spodziewając się dostrzec wnętrze mojej własnej głowy. Jest mi zimno, chociaż się pocę ze zmęczenia. Przy przekręcaniu klucza na krańcu mojego pola widzenia idą postaci, znikające, gdy tylko usiłuję na nie spojrzeć.

W domu rozbieram się i przygotuję sobie kawę. Cztery łyżki Nescafe, dużo cukru i mleko, dla zabicia cierpkości. Będę w nocy pracował, więc muszę być na pełnych obrotach.